Jak przystało na poważnych, dorosłych ludzi, którzy studiują po to, żeby zdobyć wiedzę, która będzie potrzebna im do przyszłej pracy, by móc utrzymać rodzinę i zapewnić sobie godną starość, dziś, w trakcie międzyzajęciowej przerwy na “Rozmowy w tłoku - o wszystkim i o niczym” wywiązała się pomiędzy nami żywa dyskusja na jeden z najważniejszych tematów ludzkości, szalenie poważny i niesamowicie wielopłaszczyznowy, problem z jakim spotyka się wielu z nas, ale niewielu zna odpowiedź, a mianowicie…: jakie bajki najchętniej oglądaliśmy gdy byliśmy dziećmi? Przyznam że zamieszanie jakie powstało wokół tego problemu można jedynie porównywać do dnia (w zasadzie wieczoru), gdy z akademika na około pół godziny uciekł internet (wyobraźcie sobie płacz, lament i rzucanie niecenzuralnym słownikiem przez kilkaset osób a da Wam to obraz tego co się działo ;P). Jak to bywa w dyskusjach: zdania były podzielone, każdy miał swojego faworyta. Należy więc przywołać kilka z tytułów jakie wpadły nam do głowy: Muminki, Smerfy, Kubuś Puchatek, Kaczor Donald, Kulfon i Monika (pamiętacie ich jeszcze?), oczywiście - Krecik, Reksio, Bolek i Lolek, Gumisie, Pszczółka Maja, Sąsiedzi, Zaczarowany Ołówek, Rozbójnik Rumcajs (kto pamięta jak miała na imię jego towarzyszka? :)) i inne. Nie wiem czemu, ale nikt nie pamiętał Pomysłowego Dobromira - mi akurat jakoś tak bajka utkwiła w pamięci Mimo to, uznaliśmy że najbardziej przerażającą postacią z bajek, gorszą od bohaterów Piły, Hostela, Złego Skrętu i innych horrorów razem wziętych była i na zawsze pozostanie “Buka” z Muminków (nie przyznacie się ale i tak myślicie podobnie a wraz z nią rzesza Hatifnatów (dziękuję Panie P. za przywrócenie wspomnień ), brr aż ciarki mnie ogarniają kiedy ją widzę…
Z rozmowy wyrzuciliśmy wszystkie bajki pokroju Pokemonów, czy inne nowoczesne, nierzadko trójwymiarowe produkcje, bo uznaliśmy że nie mają one takiej “duszy” jak te, z okresu naszego dzieciństwa - trzeba przyznać że potrafiły one nas zająć na długie godziny mimo ubogiej jak na tamtej czasy jakości - ich magia tkwiła w fabule, kreacjach bohaterów i tej aurze “bycia dzieckiem”. Aha - jak najszerszym łukiem ominęliśmy również sławetne Teletubisie (widzę ten uśmiech ironii) bo to nie jest bajka a psychodeliczna opowieść o wyimaginowanych postaciach nieudowodnionej płci i preferencji, żyjących w zakrzywionej czasoprzestrzeni chorego umysłu który przyczynił się do ich stworzenia…
Z naszej dyskusji wypłynęły następujące wnioski:
1. Niekoniecznie “nowe, nowoczesne” znaczy “lepsze”.
2. Młodość to najważniejszy okres w naszym życiu, bo jak się wtedy ukształtujemy tak wpłynie to na nasze życie.
3. Nie ufajmy żółtym japońskim stworom z wyłupiastymi oczami czy fioletowym nie-wiadomo-czym-z-antenką-na-głowie-i-telewizorem-w-brzuchu - tyle radości ile przynosił Krecik i jego “Ahoj!” nic nie jest w stanie zastąpić
4. W każdym z nas wciąż żyje dziecko, pozwólmy mu się czasem uwolnić
5. Studenci zawsze potrafią znaleźć inteligenty temat do rozmów.
P.S: Na koniec - niespodzianka: świąteczny odcinek naszego kochanego Krecika (z 1975 (!) roku). Miłej zabawy
Dziś, u nas na uczelni zamiast zajęć odbyła się konferencja IT Academic Day 2008. W ramach tejże konferencji wystawiło się kilka znaczących firm (m.in Microsoft, Kaspersky), których przedstawiciele, jak i nasi studenci, zaprezentowali nowinki ze świata IT, nowoczesne rozwiązania technologiczne jak programowanie urządzeń mobilnych, programowanie aspektowe czy skuteczne techniki walki z wirusami. Zainteresowanie tymi zajęciami (w przeciwieństwie do “normalnych”, uczelnianych zajęć) było duże, pojawili się nie tylko nasi studenci ale i uczniowie szkół średnich z naszego miasta (młodzież trzeba edukować, no i robić sobie zaplecze studenckie przy okazji :))
Co do formy samych wykładów - nie mam nic do zarzucenia, atmosfera była żywiołowa, prelegenci, w pełni kompetentni odpowiadali na pytania zainteresowanych, a także starali się zarazić innych swoimi pasjami, jednakże ciężko powiedzieć z jakim skutkiem… Ponadto były do wygrania nagrody (zarówno książkowe jak i w formie elektronicznej), dla wszystkich aktywnie uczestniczących w dyskusjach. Mnie osobiście najbardziej podobał się wykład Roberta Kapuścińskiego z firmy Kaspersky Lab Polska, gdzie pokazał jak, za pomocą tylko i wyłącznie samego systemu operacyjnego pozbyć się z niego wirusów, a także informacje Bartłomieja Zassa z Microsoft Polska, dotyczące konkursu Imagine Cup.
Konferencję uważam za udaną i zajmującą i myślę że to świetny krok ze strony Uczelni, że organizuje takie spotkania, gdzie studenci mają okazję wymienić swoje doświadczenia ze specjalistami, dzięki czemu mogą rozwijać swoje pasje, bądź poznać nowe, warte zainteresowania technologie.
Teraz o 6 rano wstajesz, a nie kładziesz się spać.
W lodowce trzymasz więcej jedzenia niż picia.
Nie zgłaszasz się już do testów nowych leków na ochotnika.
Znasz każdego ze śpiących w twoim domu.
Nie dostajesz już listów z pogróżkami z banku.
Nosisz ze sobą parasol.
Siedmiodniowe popijawy się już nie zdarzają.
Nie chodzisz do supermarketu ze wszystkimi przyjaciółmi.
W domu działa ogrzewanie.
Twoi przyjaciele zawierają związki małżeńskie i rozwodzą się, zamiast się po prostu spotykać i rozstawać.
Zamiast 130 dni wakacji masz ich 26.
Dżinsy i pulower nie są już eleganckim strojem.
Dzwonisz na policje, bo te cholerne dzieciaki z mieszkania obok nie chcą ściszyć muzyki.
Wstajesz rano z łóżka nawet, jeśli pada.
Nie masz pojęcia, o której zamykają najbliższą budkę z hamburgerami.
Nie odkładasz niedojedzonej pizzy do lodówki na później.
Nie spędzasz polowy dnia na strategicznym planowaniu trasy wieczornej eskapady po knajpach.
Nienawidzisz “cholernych studentów - pasożytów”.
Nie potrafisz już przekonać mieszkających z Tobą do “picia aż do rana”.
Zawsze wiesz, gdzie jesteś, gdy się budzisz.
Nie zdarzają Ci się już drzemki od południa do 18.
Ogień w kuchni nie jest już powodem do dobrej zabawy.
Do apteki chodzisz po Panadol i cos na wrzody, a nie po prezerwatywy i testy ciążowe.
Śniadania jesz w porze śniadania.
Lista zakupów jest dłuższa niż zupka z kubka i sześciopak piwa.
Zamiast mówić “Już nigdy tyle nie wypije” mówisz “Nie potrafię już pić tyle, co kiedyś”.
Ponad 90% Twojego czasu spędzonego przed komputerem to zwykła praca.
Nie eksperymentujesz już z zakazanymi substancjami.
Już nie pijesz w domu przed wyjściem do knajpy, żeby tam zaoszczędzić.
P.S: paradoksalnie - chciałbym skończyć studia, ale czy aby na pewno rezygnować z takiego stylu życia?
„Miło szaleć, kiedy czas po temu” powiadał Kochanowski. I jak nie przyznać mu racji? Szaleństwo jest jedną z najmilszych sercu przyjemności. Pozwala wyrwać się z ram szarego obywatela, otwiera oczy na nowe perspektywy, dodaje skrzydeł, pozwala wykrzyczeć się duszy. A najlepszą okazją do tego jest okres studiów. Właśnie wtedy nie tylko nikt czystego szaleństwa nam nie zabroni, ale co więcej, wręcz się go od studentów oczekuje. Nie od dziś wiadomo, że wynajęcie mieszkania studentowi jest sprawą ryzykowną i zapewne niejednokrotnie spotykaliście się z anonsem w gazecie wykluczającym wynajem szanownej braci studenckiej. Juwenalia nie bez przyczyny przyprawiają mieszkańców miast o drżenie rąk. Kiedy żak przejmuje klucz do miasta, oznaczać może to tylko jedno: Apokalipsa!!!! W niejednej lekturze szkolnej bohaterami pobocznymi byli studenci powodujący, delikatnie ujmując, absolutny rozgardiasz.
Jesteś studentem? Zatem szalej! O dziwo starsze pokolenie zauważa pewne niepokojące oznaki postawy antybuntowniczej u żaków. Coraz częściej zamiast zostawać na weekendowe imprezy w akademikach, już w czwartek pakują oni manatki, aby czym prędzej udać się do rodzinnego gniazdka, w którym rządy sprawuje mamusia. Coraz częściej przyczyną niepojawienia się na wykładach nie jest zaspanie z powodu ciężko przebalowanej nocy, ale dodatkowy fakultet, praktyki, praca, ekstra zajęcia. To miło, moi drodzy, że pragniecie się rozwijać, być układnymi dziećmi swoich rodziców, brać na siebie po trzy fakultety i zaharowywać się dla kilku groszy i wpisu w CV. Nawet wakacje odpuszczacie sobie dobrowolnie z powodu pracy za granicą. To naprawdę bardzo miło, ale powiedzmy sobie szczerze- warto? Nigdy więcej nie będzie już takiej okazji, żeby dać czadu, zaspać na zajęcia, odpuścić sobie albo znaleźć lepszą alternatywę. Szef już nie machnie z politowaniem ręką, tak jak zrobi to niejeden wykładowca. Całe późniejsze życie będzie już zależne od pracodawców, mężów, żon, dzieci, sąsiadów i hipoteki. Nigdy później (aż do emerytury) nie dostaniemy kasy ot tak od uczelni, funduszu socjalnego albo rodziców. To ostatni dzwonek. Jesteśmy piękni, młodzi i pełni energii. Czy faktycznie lepiej stracić ją na zmywaku, kserowaniu dokumentów szefa (bo nie oszukujmy się, że praktyka jest czymkolwiek więcej) albo nabijaniu głowy setkami niepotrzebnych informacji? Tracąc na to wszystko czas, nie zdobędziemy najważniejszych życiowych umiejętności, które zapewni nam np. mieszkanie w akademiku! Życie tam na pewno nie będzie stratą czasu dla rozwoju kreatywności tak cenionej przez współczesnych pracodawców. Prowadzenie różnorodnych interesów na terenie akademika przysporzy nam zdolności marketingowych, znajomości i doświadczenia w sprzedaży, rozwinie naszą otwartość i komunikatywność. Negatywne oceny w indeksie wzmacniają wolę walki, siłę przebicia i perswazji. Użeranie się z dziekanatem uczy, że jeśli wyrzucają drzwiami, włazisz oknem. Wykładowcy wzmocnią odporność na stres i reagowanie poczuciem humoru na sytuacje bez wyjścia. Jeszcze innym niezaprzeczalnie pełnym uroczego uniesienia aspektem jest studencka miłość. Nigdzie na globie nie ma tak sprzyjających warunków do znalezienia sobie doskonałego partnera na dobre i złe. Nie ma rodziców czatujących wieczorem przy oknie, żeby sprawdzić czy nie posuniecie się za daleko podczas pożegnania. Nie ma stresującej pracy, która sprawia że jedyne, o czym wieczorem marzycie to poluzowanie pasa i krawata i drzemka na kanapie. Można spędzać całe dnie nad Wisłą lub Odrą, wieczorem razem napić się wina lub pójść do klubu, nie martwiąc się o to, o której wrócicie. Co więcej można ze sobą zamieszkać i wyprowadzić się w dowolnym momencie, bo przecież wynajęcie razem pokoju z konieczności i oszczędności jest zdecydowanie prostsze, niż wyjaśnianie rodzicom, że chcemy zobaczyć, czy „w praniu” nie doprowadzimy się nawzajem do szału. Studiowanie to nie tylko sesje, to szkoła życia. Dzięki studiowaniu (a nie studiom!), dowiesz się, jak zrobić danie z niczego (nigdy nie dowiesz się tego, co tydzień nawożąc z domu wałówki), jak pokręcić tu i ówdzie, żeby obniżyć rachunki za gaz i prąd, a także, jak zwiedzić za darmo kawał świata. Praca w radiu lub gazecie studenckiej to prawdziwy bilet wstępu do wszystkiego. Legitymacja koła naukowego otwiera więcej drzwi niż blaszka policyjna. A jeśli dostaniesz jeszcze firmowy mikrofon, masz jak w banku że każdy bramkarz zapomni zapytać o bilet. Dobry student wie też, gdzie dobrze i tanio zjeść i się napić. Gdzie za ćwierć ceny kupić takie ciuchy, w jakich nigdy więcej po studiach nie będziesz się mógł pokazać oraz gdzie w miejscu publicznym urządzić spotkanie przy jednym lub dwóch tak, żeby nie zauważyła straż miejska. Im więcej zdziałasz jako student, tym mniej będziesz musiał nauczyć się, kiedy już będzie to koniecznością. Co więcej tylko podczas studiów możesz przenosić się na inne uczelnie i poznawać inne miasta lub kraje za free, coraz więcej i więcej nowych ludzi, którzy w przyszłości też pewnie będą poważnymi panami dyrektorami, choć teraz o tym nie myślą. Wiesz ilu z nich możesz spotkać w czasie rozmowy rekrutacyjnej? Czy nie warto byłoby z radosnym od wspomnień uśmiechem powiedzieć do niego „cześć stary!”? „Czymże jest życie, jeśli nie szeregiem natchnionych szaleństw? Trzeba tylko umieć je popełniać! A pierwszy warunek: nie pomijać żadnej sposobności” powiedział G.B.Shaw. Zatem najdrożsi studenci popełniajcie szaleństwa, bo właśnie teraz jest czas na to!